Patrząc w lustro, przeczesuje kilka razy moje pofalowane po prysznicu włosy. Krzywię się. Kompletnie się nie układają. Mam dość, chwytam leżącą na komodzie frotkę do włosów i plotę niechlujnego warkocza, przerzucając go sobie przez ramię. W między czasie, dostrzegam spoglądającą na mnie Britney, moją współlokatorkę i najlepszą przyjaciółkę, kręci głową z dezaprobatą.
- Mam nadzieję że włożysz chociaż te swoją ołówkową spódnicę do kolan – plączę ręce na wysokości piersi, opierając się o framugę dla podtrzymania równowagi. Wzruszam ramionami i nieprzekonująco przesuwam granatowy materiał, zatrzymując się na wysokości bioder. Zapinam dwa guziki z boku i wygładzam ją tuż nad kolanami. Jakoś się prezentuje. – Szpilki? – pyta, wskazując ruchem głowy na stojącą w kącie jedyną parę wysokich butów, ale pośpiesznie kręcę głową, nie odpuszcza. Robi kilka kroków w przód i chwyta lakierowane czarne szpilki unosząc w górę. Wzdycham z rezygnacją.
- Wystarczy spódnica – wyjaśniam jej i pośpiesznie przyciągam torebkę do mojego ciała, wychodząc na korytarz naszego małego mieszkania. Kiedy sprawdzam na zegarku która jest godzina, niemal biegiem muszę na bosaka przebiec do drzwi, po drodze zatrzymując się by wsunąć na stopy tenisówki. Podnoszę głowę a ciemno włosa uważnie obserwuje każdy mój ruch. - O której będziesz? - pyta głosem pełnym ciekawości i przyjacielskiej troski. Przypomina mi się moja matka.
Kręcę głową.
- Naprawdę nie mam pojęcia, zamienię kilka słów z ojcem, wysłucham go i wrócę jak najszybciej się da - tłumaczę się, a ona kiwa głową na znak że rozumie co do niej mówię.
- Chcesz pożyczyć mój samochód? - ofiaruje mi pomoc, doskonale świadoma tego że po mimo prawa jazdy które posiadam, większość czasu spędzam w metrze kiedy potrzebuje dostać się na zajęcia lub do pracy.
- Ojciec uprzedził mnie przez telefon że pofatyguje się by przysłać po mnie Dominica - bąkam, nie zadowolona. Britney chichoczę krótko.
- Jakże wygoda, luksus i szybkość Bentleya może wygrywać ze śmierdzącą komunikacją miejską - wzdycha, żartobliwie przykładając sobie dłoń do serca. Rozglądam się w okół, za czymś lekkim czym mogłabym rzucić w te dziewczynę, ale ze zrezygnowaniem nie znajduje niczego takiego. Wystawiam jej język i zgarniam kluczę z komody, machając nimi w powietrzu na pożegnanie. - Powodzenia - krzyczy za mną ledwie dosłyszalnie ale mimowolnie kąciki moich ust podążają w górę na te słowa. Zamykam za sobą drzwi i zbiegam schodami kamienicy w dół, zarzucając torebkę na ramię, kiedy metalowa powłoka uchyla się a ja w porę robię dwa kroki w tył. Pojawia się sylwetka Jamesa, naszego nowego sąsiada.
- Strasznie cię przepraszam Phoebe - drapie się po karku i posyła mi słaby uśmiech, w ramionach trzymając papierową torbę z zakupami. Kiwam głową i odwzajemniam gest, przeciskając się obok jego sylwetki skrępowana. Wciąż trudno znoszę spotkania sam na sam z ludźmi którymi Britney ma dość bliskie kontakty seksualne.
Odpychając od siebie myśli o nowym nabytku mojej przyjaciółki wychodzę na zewnątrz. Dostrzegam Dominica. Również mnie zauważa.
- Dzień Dobry Phoebe - skina na mnie głową, zaledwie w ułamku sekundy łapiąc za klamkę i otwierając szeroko drzwi by wpuścić mnie do środka.
- Be, po prostu Be. - poprawiam go, skrępowana. Wsiadam do samochodu i kładę torebkę na moich kolanach, gładząc palcami materiał granatowej spódnicy. - Przepraszam za to że ojciec dokłada ci więcej roboty, przysyłając cię tutaj - wtrącam. Uśmiecha się pół lekko i wzrusza ramionami, skupiając na moment swój wzrok mnie by potem przenieść spojrzenie na wsteczne lusterko.
- To właśnie moja praca Phoebe - wyjaśnia. Otwieram usta i pozwalam by westchnięcie opuściło je nim ponownie zamierzam go poprawić - Przepraszam, Be - Dodaję szybko, a ja nie mogę powstrzymać delikatnego chichotu.
- Nic się nie dzieję - zapewniam go - Po prostu nie lubię kiedy ktoś mówi do mnie Phoebe bo to brzmi tak oficjalnie i sztywno. - wyjaśniam.
- Myślę że to bardzo ładne imię - rzeka z naciskiem.Spuszczam głowę i przeczesuje moje włosy palcami. Waham się by coś powiedzieć ale nie potrafię więc ponownie tworzę między nami te niezręczną ciszę.
Samochód pokonuje co raz więcej kilometrów kiedy Dominic dociska gaz.
Obserwuje z pod przyciemnianych szyb Bentleya architekturę wysokich budynków, a mój telefon zaczyna dzwonić. Rozsuwam zamek skórzanej torebki i wyciągam z przegródki urządzenie. Na wyświetlaczu pojawia się zdjęcie mojego ojca.
- Słucham?
- Halo? Phoebe? Nie mogę wyrwać się na lunch ale zależy mi na tym spotkaniu więc przyjedź do firmy - wyjaśnia ale słabo go słyszę. Podejrzewam że stoi na ulicy.
- W porządku. Zaraz będę - odpowiadam i rozłączam połączenie chowając telefon z powrotem do torebki. - Dominic, jedź prosto do firmy proszę.
Okolica staje się co raz bardziej znajoma, chłopak zwalnia wjeżdżając na podziemny parking budynku. Znajduje stałe miejsce i gasi silnik, wysiadając z auta, by po chwili obejść je w okół i otworzyć mi drzwi. Opuszczam pojazd. - Dziękuje Dominicu. Do zobaczenia - szepczę, żegnając się z nim. Skina głową i zostaje na swoim miejscu kiedy ostatni raz obracam się wsiadając do windy już go nie ma lub po prostu nie jest w zasięgu mojego wzroku. Wciskam odpowiedni guzik i czekam spokojnie aż dojadę na odpowiednie piętro. Metalowe drzwi rozsuwają się w końcu. Wychodzę. Monica, sekretarka, uśmiecha się do mnie przyjaźnie i podchodzi przytulając mnie na powitanie.
Okolica staje się co raz bardziej znajoma, chłopak zwalnia wjeżdżając na podziemny parking budynku. Znajduje stałe miejsce i gasi silnik, wysiadając z auta, by po chwili obejść je w okół i otworzyć mi drzwi. Opuszczam pojazd. - Dziękuje Dominicu. Do zobaczenia - szepczę, żegnając się z nim. Skina głową i zostaje na swoim miejscu kiedy ostatni raz obracam się wsiadając do windy już go nie ma lub po prostu nie jest w zasięgu mojego wzroku. Wciskam odpowiedni guzik i czekam spokojnie aż dojadę na odpowiednie piętro. Metalowe drzwi rozsuwają się w końcu. Wychodzę. Monica, sekretarka, uśmiecha się do mnie przyjaźnie i podchodzi przytulając mnie na powitanie.
- Witaj kochanie, dawno cię nie widziałam - mówi odsuwając się lekko by potrzeć moje ramię pieszczotliwie. - Przyjechałaś do ojca? - wysuwa dolną wargę niezadowolona. Kiwam głową.
- Jest u siebie? - wskazuje palcem ponad jej ramieniem na długi korytarz.
- Przed chwilą wrócił ze spotkania. Daj mi znać jeśli będziesz czegoś potrzebowała - zapewnia mnie.
- Oczywiście - zostawiam ją i szybkim krokiem pokonuje dystans do biura. Łapię za klamkę i napieram na drzwi otwierając je szeroko. Ojciec odsuwa od siebie papiery kładąc je obok laptopa i wstaje, idąc w moim kierunku. Wchodzę do pomieszczenia.
- Oczywiście - zostawiam ją i szybkim krokiem pokonuje dystans do biura. Łapię za klamkę i napieram na drzwi otwierając je szeroko. Ojciec odsuwa od siebie papiery kładąc je obok laptopa i wstaje, idąc w moim kierunku. Wchodzę do pomieszczenia.
- Cześć skarbie, cieszę się że jesteś - uśmiecha się i oplata mnie w uścisku wycałowując oba policzki. - Proszę usiądź - odsuwa dla mnie siedzenie a sam powraca na swoje poprzednie miejsce. Robię tak ja prosi i zakładam nogę na nogę.
- Dlaczego chciałeś się ze mną spotkać?
- Wszystko u ciebie dobrze? - mówi gwałtownie a ja niemal nie rozumiem tego mamrotania.
- Tato - pouczam go szorstkim głosem - Nie zmieniaj tematu - spuszcza wzrok na moment by po chwili podnieść go z władczą iskrą. Dopiero teraz wiem że przejdziemy do poważnej rozmowy. Wciągam powietrze dłońmi łapiąc się skórzanych boków fotela.
- Chciałem z tobą porozmawiać o moich planach i zamierzeniach - mówi zagadkowo. Przypatruje mu się uważnie, zachęcając do dalszego mówienia. - Nie układa nam się z mamą od dłuższego czasu - dodaję - Myślę że rozwód to jedyne rozwiązanie
Otwieram usta zszokowana ale nie wydobywa się nich nic oprócz westchnięcia. Siedzimy tak dobre kilka minut dopóki nie wraca mi zdolność mówienia.
- Ale jak to? Jesteście małżeństwem od 20 lat, chcecie się rozstać? W waszym wieku to - gryzę się w język nim powiem coś nie miłego. Zasycha mi w ustach.
- Spotykam się z kimś, Veronica to - uśmiecha się ale ja nie chcę tego słuchać. Wyrzucam dłoń w powietrze, niemo prosząc by przestał. Kręcę głową kiedy tak naprawdę dociera do mnie powaga zaistniałej sytuacji.
- Zdradzasz mamę, prawda? - mam ochotę chwycić się za głowę która teraz zaczęła mnie nie miłosiernie boleć.
- Zdradzasz mamę, prawda? - mam ochotę chwycić się za głowę która teraz zaczęła mnie nie miłosiernie boleć.
- Nie. Po prostu powoli chcę sobie ułożyć z kimś życie na nowo. Źle to rozumiesz Phoebe - wzdycha.
- Och proszę cię. - warczę - Doskonale to rozumiem, nie traktuj mnie jak dziecka i nie zaprzeczaj, mogę sobie dać ręce uciąć że podjąłeś taką decyzję po którymś z kolei stosunku z tą młodą kobietą. Ile ma lat? - pali mnie w gardle kiedy zadaję to pytanie.
- To nie ma znaczenia.
- Odpowiedz - żądam.
- Dwadzieścia pięć. Myślę że polubiłybyście się. Macie podobne charaktery. - zachęca głosem niczym ekspedientka w supermarkecie która zaprasza do degustacji produktu. Robi mi się niedobrze.
- Jeśli tak uważasz to najwyraźniej mało o mnie wiesz. Moim zainteresowaniem nie jest rozwalanie długoletnich małżeństw. - wstaję zamierzając skierować się do wyjścia. Nie mam ochoty dłużej ciągnąć tej konwersacji.
- Jesteś niesprawiedliwa - wytyka mi. Nie mogę powstrzymać drwiny która ciśnie mi się na usta.
- Nie żartuj sobie ze mnie - oplatam dłonią klamkę gotowa otworzyć drzwi.
- Proszę. Zadzwonię do ciebie. Spotkamy się z nią. Na pewno się polubicie. - ściska moje ramię.
- Po moim Trupie. Jeśli odzyskasz zdrowy rozsądek Wtedy do mnie zadzwoń. - daję nacisk na odpowiednie słowa i wychodzę na korytarz, niemal biegiem obieram kierunek wind. Słyszę jak idzie za mną.
- To źle? To źle że nie chcę zostać sam na starość? - podnosi głos.
- Nie musiałbyś gdybyś nie był takim samolubem, dbającym tylko o własne potrzeby, wiesz? - odwracam się do niego z impetem, kątem oka dostrzegając Monice która przygląda się całej inscenizacji. Nie obchodzi mnie to. To nie ja wkładam swojego penisa tam gdzie nie potrzeba.
- Nie musiałbyś gdybyś nie był takim samolubem, dbającym tylko o własne potrzeby, wiesz? - odwracam się do niego z impetem, kątem oka dostrzegając Monice która przygląda się całej inscenizacji. Nie obchodzi mnie to. To nie ja wkładam swojego penisa tam gdzie nie potrzeba.
Mam ochotę powiedzieć to na głos ale zaciskam usta.
- Cholera. Dobrze - warczy, unosząc dłonie w górę. - Uspokój się, zadzwonię do ciebie jutro.
- Zanim zgodziłam się na to spotkanie byłam bardzo spokojna - syczę zgryźliwie.
- Jesteś nie możliwa, powiadom Dominica żeby czekał na dole, odwiezie Phoebe do domu. - zwraca się do sekretarki.
- Nie ma mowy - mówię. - Poradzę sobie sama.
- Nie sprzeciwiaj mi się wciąż jestem twoim ojcem - ostrzega surowo.
- Zastanawiam się czy mój ojciec postąpił by tak jak ty teraz. - żal i rozgoryczenie są wyczuwalne w moim głosie. Chcę jeszcze coś dodać ale drzwi windy rozsuwają się, a ja wchodzę do małego pomieszczenia i wtulam się w kąt po uprzednim wciśnięciu odpowiedniego guzika. Chcę mi się płakać ale zaciskam zęby i biorę kilka głębokich wdechów. W między czasie jestem na miejscu. Rozsuwam zamek torebki i szukam mojego telefonu by zadzwonić po Britney. Trzęsą mi się dłonie i nie mogę nic znaleźć w tym bałaganie. Przechylam dużą torebkę i wtedy wysypuje się jej większa zawartość, jak: chusteczki, pomadka do ust, notatnik, identyfikator, czy garstka pięćdziesięciocentówek. Siarczyste przekleństwa cisną mi się na usta, ale ograniczam się do przeczesania moich włosów palcami i schylenia się by pozbierać bałagan jaki narobiłam. Kiedy chcę sięgnąć po chusteczki, eleganckie czarne buty niemal nie zatrzymują się na mojej chudej dłoni. Szybko ją cofam przestraszona i zadzieram głowę by spojrzeć na mężczyznę. Pierwszy w oczy rzucił mi się elegancki i na pewno drogi garnitur. Ciemne spodnie i idealnie uszyta marynarka, która osłaniała silne ramiona. Wiem że mam do czynienia z kimś nieprzyzwoicie bogatym więc ciekawość bierze górę i moje oczy suną w górę prosto na jego twarz. Mężczyzna pochyla się pozwalając by nasze spojrzenia znalazły się na tej samej wysokości. Jego oddech łaskocze moje policzki. Szybko odsuwam się do tyłu i zbieram pięćdziesięciocentówki, kątem oka dostrzegając jak wrzuca do mojej torebki chusteczki i identyfikator, uprzednio porządnie mu się przyglądając. Ignoruje ten fakt i chwytam torebkę kiedy jego uścisk czuję na nadgarstku gdy pomaga mi się podnieść. - Dziękuje - szepczę oniemiała.
- Ciężki dzień? Nic pani nie jest? - pyta uprzejmie. Potrząsam głową i wycieram moje dłonie o materiał spódnicy, wciągając głęboko powietrze przez nos.
- Wydaję mi się że wszystko jest w porządku - wysilam się na uśmiech, kiedy przypominam sobie o zaistniałej sytuacji rodzinnej w moim życiu.
- Na pewno? Nie wygląda pani najlepiej. - oznajmia. Wciągam głęboko powietrze przez usta. Serio to najlepszy komplement jaki mogłam usłyszeć, od dam sobie głowę uciąć jednego z najprzystojniejszych i onieśmielających mężczyzn na tej planecie. Czuję jak moje policzki oblewa gorący rumieniec. Matko. Weź się w garść Phoebe.
- Jest dobrze, dziękuje. Przepraszam za kłopot. - spuszczam żałośnie głowę w dół i wybiegam przez obrotowe drzwi na chłodne powietrze Atlanty. Łapię się poręczy betonowych schodów i jeszcze raz otwieram torebkę zaglądając do jej wnętrza. Telefon jest na wysunięcie mojej ręki, więc czuję się jeszcze gorzej niż kilka minut temu. Sięgam po niego i odblokowuje wchodząc w kontakty. Niemal od razu rzuca mi się w oczy zdjęcie Britney. Klikam w słuchawkę i dzwonię.
- Halo? Już masz dość tych wszystkich luksusów dziwko? - śmieję się do słuchawki, a ja relaksuje się na dźwięk jej głosu.
- Mogłabyś po mnie przyjechać? Jestem pod firmą. - staram się mówić normalnie, choć dolna warga zaczyna mi nie przyjemnie drżeć a głos załamuje mi się.
- Zaraz będę. Be, co się stało? - naciska, a ja słyszę jak uderza stopami o podłogę w naszym mieszkaniu.
- Nic - szepczę zaciskając zęby by się nie rozpłakać ale to nic nie daję. Wycieram pierwszą porcję łez pojawiających się na moich policzkach.
- Nie kłam. - syczy wściekle. - Martwię się o ciebie. - dodaję nieco łagodniej.
- Wiem, po prostu po mnie przyjedź - rozłączam się, pociągając nosem. Rozglądam się w okół za miejscem gdzie mogłabym poczekać na Britney. Dostrzegam niski murek nie opodal schodów więc przysiadam tam, rycząc jak mała dziewczynka.
* * *
Pierwszy rozdział za nami. Trudno jest nam jeszcze określić jak często będą się one pojawiać ale chciałybyśmy żeby nie były one krótkie i byle jakie, to na pewno. Cóż mamy nadzieję że spodoba się wam fabuła. I zachęcamy do komentowania :))
Pierwszy rozdział za nami. Trudno jest nam jeszcze określić jak często będą się one pojawiać ale chciałybyśmy żeby nie były one krótkie i byle jakie, to na pewno. Cóż mamy nadzieję że spodoba się wam fabuła. I zachęcamy do komentowania :))
